Żywienie w szkole dla wielu osób  wydaje się  prostsze wobec żywienia w przedszkolu.

Intendenci planując jadłospis muszą pamiętać, że ostatni posiłek, czyli kolacja jest spożywana w domu. Tym samym w przedszkolu zapewnienie wszystkich wartości odżywczych musi kształtować się na poziomie 75 % zalecanej dziennej normy żywiniowej. Przyjmuje się bowiem założenie, że 25 % dziennej normy żywieniowej stanowi kolacja. Oczywiście należy tu stosowac się do najnowszych norm zywieniowych, a nie tych jak już wcześniej pisałam, z lat siedemdziesiątych.

O wiele mniej klarowne wydaję sie to w szkołach, choć dla zwykłego śmiertelnika może się ten temat okazać banalny. Wielokrotnie uczestniczyłam w dyskusjach dotyczących odpowiednich norm. Żywieniowcy chórem odpowiadają, że w szkole jest to dożywianie. Zakłada się bowiem, że dziecko je prócz tego posiłki w domu, co jest oczywiście prawdą (mamy taką nadzieję). Na ogół przyjmuje się 35 % zalecenia dziennego, choć obliczenia te nie są tak dokładne jak dla przedszkola. Problem pojawia się jeszcze większy, gdy intendenci, szefowie kuchni podają w stołówkach szkolnych śniadanie lub drugie śniadanie. Często mają zalecenie, by na drugie śniadanie podać coś z deseru do obiadu  i nietraktować tego jako zakładany  posiłek. W tym momencie z założenia na raportach żywieniowych widnieje coś innego aniżeli na dokumentach pokazujących zestawienie
wartości odżywcze na drugim śniadanu i obiedzie.

Problem doboru odpowiedniej
diety mają również pracownicy szpitali. Prócz trudności finansowych, ktore często widać na podstawie skomponowanego posiłku, , do ich zadań należy teraz tworzenie dwóch rodzajów diet, tzn. dla osób zdrwowych i chorych (najczęściej żołądkowców). I jak tu być dietetykiem lub intendentem z prawdziwego zdarzenia, ach trudne czasy !!!!